Wysiedliśmy bladym świtem w Makowie Podhalańskim i dojechaliśmy busem do Skawicy. Patrząc na czapę śniegu na dachu busa wiedzieliśmy już, że nasze oczy po raz pierwszy w tym sezonie niedługo ujrzą zimę. Nie myliliśmy się.
Dzień 1Gdy wysiedliśmy w Skawicy śniegu było po łydki, więc ubraliśmy stuptuty i ruszyliśmy przez Przełęcz Kucałową na śniadanko w schronisku na Hali Krupowej.
Było ciepło, miło i sennie, zjedliśmy kanapki, napiliśmy się herbaty, popodziwialiśmy zimę za oknem, by po odpoczynku znów wyjść na piękny ośnieżony świat. Wyszło słoneczko, więc maszerowało nam się wspaniale. Potem zima dała znać o sobie i załęło padać, co wcale nie psuło nam humorów i maszerowaliśmy dzielnie przez Policę i Kiczorkę na upragniony obiad.
Dzięki niezawodnym kompetencjom naszych przewodników i pomocy zespołowej w mig udało nam się zrobić wielkie ognisko, na którym obiad się szybko ugotował, ale również pozwoliło nam się ogrzać. Później maszerowaliśmy żwawo do Zawoi, gdzie miał się rozegrać mecz piłkarzyków.
Mecz był nie lada zachęta dla całej grupy, bo nikt nie marudził i każdy żwawo maszerował i dzięki temu całkiem wcześnie dotarliśmy do „Chatki pod Kwiatkiem” w Zawoi, gdzie mieliśmy nocleg.
Po kąpieli w ciepłej (tak!!!- ta informacja chyba nie powinna być ujawniana na stronie SKPB, ale cenzury chyba nie ma;-) wodzie ruszyliśmy grać w piłkarzyki.
Uznanie dla Ewy i Tomka, którzy byli bezkonkurencyjni, choć wielu dzielnie walczyło!!! Potem wieczorem padło strategiczne pytanie- „Wchodzić, czy nie wchodzić następnego dnia na Babią?”.
Oczywiście odpowiedź była tylko jedna, nie po to żeśmy tu przyjechali, żeby na Babią Górę nie wchodzić…
Dzień 2 Następnego dnia wstaliśmy więc bladym świtem i zrobiwszy prowiant, który miał nas trzymać przy życiu przy zaliczaniu śnieżnej górki ruszyliśmy przez Składy i przez cudowny, biały las do Goprówki na Markowych Szczawinach.
Po drodze każdy po trochu torował ścieżkę i dzięki temu szło się b.dobrze. Pod Goprówką rozgrzaliśmy się przy herbacie i górskich zabawach pt. „pralka, żyrafa, słoń”, czyli konkurs na szybkie kręcenie głową, ręką, bądź uszami;-) Jak to zwykle bywa i tym razem niektórzy byli bezkonkurencyjni, ale każdemu się udało rozgrzać, czy to od machania częściami ciała, czy to od pokładania się ze śmiechu. Później czym prędzej uderzyliśmy na Babią Górę. Przed wejściem na grzbiet zakutaliśmy się, jak kto tylko mógł, ale jak to Ania K. ujęła ‘dobrze chociaż, że na górze nie wiało;-)’, chociaż nie odczułam tego niestety na własnej skórze, ponieważ osobiście ‘odleciałam’ na górze, tzn. z podmuchem wiatru, i fajnie było się jednak skupić się na najwyższym punkcie, do którego doszliśmy, bo w kupie zawsze raźniej i bezpieczniej;-) W każdym bądź razie powiem krótko- wygwizd na Babiej był totalny, ale Ci najtwardsi poza dbaniem o nie zamarznięcie znaleźli jeszcze trochę sił, aby podziwiać piękne widoki. Przy schodzeniu, a raczej zjeżdżaniu na butach, tyłku i na czym tylko popadnie, do Goprówki dołączył do nas Marcin. Generalnie zabawa przy schodzeniu była przednia i co chwilę ktoś lądował w zaspie śniegu mniej lub bardziej celowo;-). W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Skansen, bo co po niektórzy uczestnicy naszej górskiej wycieczki byli jeszcze niedołojeni. Co prawda Skansen był zamknięty, ale usłyszeliśmy to i owo o beskidzkich historycznych chatach;-) Potem wróciliśmy na obiad, który był wyczynem kulinarnym z powodu niespodziewanego zagubienia się części sosów;-), ale rumuńska zupa z proszku okazała się niezawodna w nakarmieniu grupy Kościelnej. Na szczęście wszyscy się najedli i ruszyliśmy busem do Suchej Beskidzkiej, gdzie na dworcu zagraliśmy w niezawodną kluchę, która była ciągnięta przez naszą szesnastkę przez ładne parę minut w różnych kierunkach, aż w końcu została wciągnięta przez Szymona. A potem załadowaliśmy się do pociągu. W Katowicach było głośno, a wczesnym rankiem przywitała nas szara stolica i wszyscy z bajkowego, białego, górskiego świata rozeszli się w swoją stronę do codziennych zajęć. Do następnej, równie udanej wyprawy w góry … Byku |