 8 i 9 grudnia w Teodorówce pod auspicjami skarbnika, j.o. prezesa, oraz pod chochlą prezesowej, zainaugurowano nową świecką tradycję ? Mikołajki w chatce.
Zebrało się nas kilkanaście osób: od absolwentów gimnazjum, poprzez kadrę, kursantów po old boyów...
W naszych szeregach znaleźli się nawet gliniarz i prokurator. Podróż w obie strony umilał nam widok kursantów ? nasza wycieczka była bowiem wyjątkowo lekka i rozleniwiająca. Oczywiście bez przesady: prosto z pociągu ruszyliśmy na Cergową. Trasa krótka, acz mokra, Na szczycie zawiało też nieźle śniegiem, ale na słodkie przegryzki zawsze znalazło się odpowiednio zaciszne miejsce. Wśród niektórych zainteresowanie wzbudziło źródełko św. Jana z Dukli i jego pobudzające właściwości, być może to zagwarantowało nam równe tempo. Wyjazd był nieco burżujski, wylądowaliśmy więc w lokalnej restauracji (nie barze), gdzie przygotowano dla nas hektolitry żurku. Tam zresztą czekały na nas plecaki, bo na Cerową szliśmy na lekko. Kwiat warszawskiej młodzieży nie ominął również sklepu, no, bo jak można bez sklepu przez 12 godzin? W chatce powitał nas ciepły piec i zapasy jedzenia, o które zadbali dzielnie nowi przewodnicy ? no prawie przewodnicy, bo właśnie wkuwali do ostatniego egzaminu. Najtrafniejszym bodaj określeniem obiadu było głośne westchnienie: ?takiego kapuśniaku to jeszcze nigdy?..? ? i tu każdy może sobie dopisać swoją wersję ; ))). Wieczór upłynął pod znakiem moralności, a to za sprawą projekcji filmów o tematyce górsko-filozoficznej. Na początek komedia, której tytuł już mi umknął, ale dominujący motyw amputacji i bieszczadzkich węży w sam raz douczył Olę i Maćka przed egzaminem z pierwszej pomocy. Na drugi ogień poszła ?Baza ludzi umarłych?, film, który sugerował nowy, dyskusyjny typ bazowej. Zabrakło nam głośniczków, więc zmęczeni wytężaniem słuchu nadrobiliśmy decybele wydzierając się przy akompaniamencie gitar. Siarek dbał o poziom doboru repertuaru nie zawężając go jedynie do piosenki turystycznej. Rano wiało potwornie, niemniej jednak przewodnictwo biegało po terenie rozstawiając punkty manewrowe, część poszła do kościoła, a reszta leżała w śpiworach, zżarła śniadanie i znów się położyła ; ) Około południa wyruszyliśmy na manewry mikołajkowe. Każdy uczestnik dostał mapkę (nieco niekompletną) i miał za zadanie odszukać punkty. Za zbierane z nich numery blach dostawało się mikołajkowy prezent. Zmodyfikowaliśmy oczywiście zasady, zdobiąc je nutą logiki i kroplą humanitaryzmu. Pomysł i wykonanie zabawy bezapelacyjnie zachwycił wszystkich. Trasy mogły być nieco rozleglejsze. Maciek, żeby wydłużyć sobie zabawę, zgubił w lesie portfel i musiał go szukać po wszystkich odwiedzonych uprzednio punktach. Mimo starań i napraw Oli, kibel rozwiewało na wszystkie strony świata, być może dlatego hitem wyjazdu była: ?awionetka, awionetka, taka zwiewna, taka lekka?. Po wymianie prezentów wsunęliśmy spaghetti z wkładką, o której nie wspomnę. Zostawiwszy prezesurę z zadaniem mycia podłogi, ruszyliśmy do Dukli podziwiając z góry jej wieczorną panoramę. Po drodze Paweł zawarł znajomość z przyszłą busiarką, co może się przydać całemu kołu. W Krośnie w pociągu czekały na nas 3 przedziały, które Adam chronił własnym ciałem - najskuteczniejsza metoda rezerwacji. Po wielkim żarciu zmorzył nas sen, którego nie przerywali żadni żołnierze... Do następnych Mikołajek zatem!
(Autorka: Małgosia Śmigierzewska)
A tak wyglądało zaproszenie na Mikołajki Beskidzkie - 8-9.12.2007
|